wtorek, 12 lipca 2016

Tessa Riot i Klub Pojedynków: rozdział drugi



Czy to ptak? Czy to samolot?! Nie, to drugi rozdział mojego fan-opowiadania z uniwersum "Harry'ego Pottera"! Akcja ciągle jeszcze rozwija się powoli, bo tak właśnie mi się podoba, ale dziś do akcji wkraczają znani Wam bohaterowie i znane Wam miejsca i wszystko zaczyna się wreszcie składać w jakąś logiczną, magiczną całość. Życzę Wam więc, żeby czytanie tego rozdziału było choć w połowie tak przyjemne, jak jego pisanie. :3
☮-☮-☮

II
PODRÓŻ W WYCZEKIWANE

- I pamiętaj, że masz być grzeczna, kochanie! – krzyczała Celia Riot, nie zważając na trącających ją co rusz rodziców, uczniów i pracowników stacji. – I koniecznie pisz do nas! – Pomachała córce na pożegnanie i posłała jej całusa, na co Tessa wywróciła oczami, skinęła krótko głową i zniknęła we wnętrzu pociągu.
Dziesięć minut później pani Riot z powrotem przeszła przez barierkę oddzielającą magiczny peron numer dziewięć i trzy czwarte od reszty londyńskiego dworca King’s Cross, ocierając łzy, które dziwnym trafem napłynęły jej do oczu. Po drodze nieomal zderzyła się ze spieszącym w przeciwną stronę wysokim, chudym mężczyzną o rudych włosach. Przez ściśnięte gardło ledwie udało jej się wybąkać „przepraszam”, ale on i tak zdążył już oddalić się szybkim krokiem. Przy wyjściu czekał już na Celię mąż. Jego wilgotne policzki mówiły wiele o wzruszeniu, jakie i jego ogarnęło, kiedy zdał sobie sprawę, że nie zobaczy swojej ukochanej córki aż do Bożego Narodzenia. Trudno było mu pogodzić się z myślą, że Tessa będzie uczęszczała do szkoły z internatem, ale przecież nie mógł – i nie chciał – zabronić jej rozwijania czarodziejskich zdolności. Cieszył się jednak z tego, że w oczach swych dzieci wcale nie był gorszy od ich matki i że w wolnych chwilach oboje lubili pograć z nim w gry na konsoli, pojeździć na rolkach, wybrać się na ryby czy do kina, czego pewnie nie doświadczyliby, wychowując się we w pełni czarodziejskiej rodzinie.
Państwo Riot opuścili stację kolejową, by udać się z powrotem do domu, gdzie czekał już na nich Alfred, pełen żalu, że jego dopiero za trzy lata rodzice odprowadzą na pociąg do szkoły, o której słyszał tyle niesamowitych opowieści.

Ekspres Londyn-Hogwart mknął swym zwyczajnym szlakiem, mijając zielone doliny, porośnięte trawą górskie zbocza, łyse po żniwach pola, rzeczki, strumienie i jeziora. Tessa przeciskała się wąskim pociągowym korytarzem, ciągnąc za sobą ciężki, drewniany kufer pełen wszelkiego rodzaju magicznego ekwipunku. Na jej ramieniu siedział grzecznie zielony Kapitan, od czasu do czasu rechocząc coś z ekscytacją. Zaglądała do kolejnych przedziałów z nadzieją, że w którymś znajdzie wolne miejsce, jednak póki co nie dopisało jej szczęście. Właśnie przechodziła obok jednego zajętego przez wyjątkowo rozgadaną grupkę uczniów, kiedy wypadła z niego dziewczynka jej wzrostu, o płomiennorudych włosach sięgających łopatek, otrzepując się z fioletowego pyłu, którym była obsypana od stóp do głów. Tam, gdzie przypadkiem wtarła go w ubranie, zaczynał szybko przeobrażać się w rosnące z każdą chwilą pędy. Po chwili Tessa mogła dostrzec na bluzce i spodniach dziewczyny kilkanaście maleńkich pąków kwiatowych.
- Jesteście wstrętni! – pisnęła  nieznajoma i zatrzasnęła drzwi przedziału, po czym odwróciła się gwałtownie i wpadła wprost na Tessę. – Przepraszam – burknęła, ale zreflektowała się zaraz, kiedy dostrzegła zmęczenie na twarzy nowej koleżanki. – Daj, pomogę ci z tym. – Złapała kufer Tessy z drugiej strony i wspólnymi siłami wniosły go do kolejnego przedziału.
- Te miejsca są wolne? – zapytała Tessa, spoglądając na siedzącą tu trójkę pasażerów.
- Oczywiście, proszę bardzo – odpowiedział nieco pompatycznym tonem chłopiec siedzący najbliżej drzwi. Miał na nosie ogromne okulary w grubych oprawkach, które nadawały mu wygląd inteligenta, a coś w jego twarzy i postawie zdawało się mówić, że jest przy tym typem osoby, która woli popisywać się wiedzą, niż zachowywać ją dla siebie. – Nazywam się Ben Pattock, a wy?
- Ja w zasadzie… - mruknęła dziewczynka o rudych włosach, wskazując nieśmiało na drzwi. – Chociaż, w sumie… Jestem Ginny Weasley – przedstawiła się, po czym dyskretnie otrzepała rękaw bluzki z listków, którymi się pokrył.
Siedzący przy oknie chudy chłopiec o mysich włosach wlepił w nią zafascynowany wzrok. Ginny i Tessa usiadły na wolnych miejscach.
- Weasley! – Zdziwił się wyraźnie Ben. – Masz może starszego brata, Williama? Kendall opowiadał mi o swoim znajomym ze szkoły, który tak się nazywał. Kendall to mój brat – dodał po chwili. – Pracuje teraz w ministerstwie, w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof. Komitet Łagodzenia Mugoli.
- Mam sześciu starszych braci. – Ginny skrzywiła się i rzuciła pełne złości spojrzenie na ścianę przedziału, zza której dobiegł właśnie głośny śmiech. Tarmosiła przy tym bezmyślnie jeden z fioletowych kwiatów, który oplótł jej prawe ramię. – Najstarszy nazywa się Bill. Pracuje dla Gringotta.
- Kto to Gringott? – zapytał siedzący przy oknie chłopiec, wyraźnie zainteresowany wszystkim, co miało związek z czarodziejskim światem. Tessa domyśliła się, że pochodzi z niemagicznej rodziny.
- To bank – odpowiedział Ben, choć pytanie nie było skierowane do niego. – Prowadzą go gobliny. Mój tata twierdzi, że są strasznie skąpe i w ogóle nie powinno im się powierzać żadnych pieniędzy ani kosztowności, bo nie cierpią czarodziejów. Uważają, że od zawsze ich okradali, a sami wykorzystają każdą okazję, żeby przywłaszczyć sobie coś cennego tylko dlatego, że setki lat temu miał to w posiadaniu inny goblin – prychnął.
Chłopiec o mysich włosach westchnął z podziwem, choć tym, co tak go oczarowało nie były zapewne te wredne stworzenia, a niewiarygodne cudowności świata, który dopiero odkrywał.
- Twoi rodzice są mugolami? – zapytała go Tessa, kiedy Ben zakończył swój wywód.
- Kim?
- No, wiesz, nie potrafią czarować.
- Yhm, tak. Tata jest mleczarzem. W ogóle nie miałem pojęcia o istnieniu magii zanim nie dostałem listu. A ty?
- U mnie jest śmiesznie, mama jest czarownicą, a tata mugolem. On jest bankierem, a ona uzdrowicielką. Wiesz, lekarką. – Uśmiechnęła się.
Ben spojrzał na nią z ciekawością.
- Nie przeszkadza im to? To znaczy, rozumiesz, że są… że się różnią?
- Nie, jakoś nie bardzo. – Wzruszyła ramionami. – Dogadują się raczej dobrze. Wciąż uczą się od siebie nowych rzeczy, może to dlatego. A ja wiem dzięki temu mnóstwo i o czarodziejach, i o mugolach.
- Na którym roku jesteś? – zapytał zaciekawiony, jak gdyby dopiero teraz dostrzegł w niej równorzędnego rozmówcę.
- Dopiero zaczynam swój pierwszy. – Zaczerwieniła się. – A wy?
Prócz niej samej, Ginny, Bena i chłopca siedzącego przy oknie, w przedziale była jeszcze przysadzista dziewczynka o gęstych, brązowych włosach i wielkim orlim nosie, który upodabniał ją do drapieżnego ptaka.
- Też jesteśmy na pierwszym – odparł poważnie Ben. – Swoją drogą, to jest Eloise.
 Milcząca dziewczyna udała, że nie zauważyła, że właśnie ją przedstawiono i nadal z ponurym wyrazem twarzy wyglądała przez okno.
- I Colin – dorzucił Ben.
- Colin Creevey. – Chudy chłopiec skinął jej głową.
Ben spojrzał wyczekująco na Tessę.
- Ach, tak. Jestem Tessa – rzuciła pospiesznie. – Tessa Riot.
Za ścianą rozległ się nagle głośny huk, po czym ktoś zaniósł się donośnym śmiechem. Ginny wywróciła oczami i mruknąwszy pod nosem „przepraszam”, wyszła z przedziału, zasuwając za sobą drzwi.
- To prawdziwa żaba? – zapytał nagle Colin, który od dłuższej chwili przypatrywał się ramieniu Tessy.
- Ropucha. Zupełnie prawdziwa – uśmiechnęła się. – I trochę wytresowana. Nazywa się Kapitan.
Colin westchnął z podziwem. W przedziale zapadła cisza. Każdy zatopił się we własnych myślach, wpatrując się w przewijający się za oknem krajobraz i raz na jakiś czas rzucając ukradkowe spojrzenia na współpasażerów.
- No tak. Czyli Hogwart, co? – odezwała się w końcu Tessa. Czuła się dość niekomfortowo, siedząc tak w ciszy, zwłaszcza, że po głowie krążyło jej mnóstwo pytań. – Jak myślicie, do jakiego domu was przydzielą? Ja chciałabym oczywiście trafić do Gryffindoru, ale to chyba nie zależy od tego, czego się chce, co?
- Ile jest tych domów? – zapytał zaciekawiony Colin. – I dlaczego chciałabyś być akurat w tym?
- Są cztery domy – odparł natychmiast Ben. – Gryffindor, Ravenclaw, Hufflepuff i Slytherin. Do Gryffindoru chciałby chyba trafić każdy. No, może oprócz tych, którzy marzą o Slytherinie. Te dwa domy wiecznie kłócą się ze sobą. Ślizgoni, ci ze Slytherinu, to podłe gnidy i zdrajcy, dla których liczy się głównie status krwi. No wiesz, czy jesteś czystej krwi, czy mugolakiem i tak dalej.
- Moja mama – zaczęła z wyższością Tessa – mówi, że te stereotypy są krzywdzące, bo nie każdy Ślizgon jest zły, a nie każdy Gryfon odważny i szlachetny. Wystarczy wspomnieć Syriusza Blacka. 
Ben i Eloise obruszyli się mimowolnie.
- To morderca – wyjaśniła Tessa Colinowi. – Zabił z zimną krwią trzynaście osób, zupełnie niewinnych mugoli i swojego przyjaciela, Petera Pettigrew, który chciał go powstrzymać przed zdradą Potterów…
- Potterowie – wtrącił się Ben – przyczynili się do pokonania Sam-Wiesz-Kogo. Ich syn, Harry, jest jedyną osobą, która przeżyła śmiertelną klątwę. Ma tylko bliznę na czole, w kształcie błyskawicy  – opowiadał dalej, nie bacząc na oburzenie malujące się na twarzy Tessy. Nie cierpiała, gdy ktoś jej przerywał, zwłaszcza, kiedy właśnie mówiła coś naprawdę ciekawego.
Drzwi przedziału otworzyły się nagle i do przedziału wsunęła się Ginny, która w jakiś sposób pozbyła się już oplatających ją pędów kwiatowych.
- O czym rozmawiacie? – zapytała.
- Ben – odpowiedziała z lekką dozą ironii Tessa – opowiada historię Harry’ego Pottera.
Ku zdumieniu wszystkich Ginny oblała się rumieńcem.
- To super – wymamrotała. – Ja chyba już pójdę się przebrać. – Wypadła na korytarz nieco zbyt gwałtownie, czerwona aż po cebulki rudych włosów.
- Opowiadajcie dalej! – jęknął błagalnie Colin, który nigdy wcześniej nie słyszał tej historii, tak jak i o śmiertelnych klątwach ani o Syriuszu Blacku, bezwzględnym mordercy trzynastu niewinnych osób, a wszystko to niezmiernie go ciekawiło.
- No więc Harry Potter żyje i ma się dobrze. Jest zresztą w Hogwarcie, słyszałem to od mojej kuzynki, Lisy. Jest na drugim roku, tak jak on, ale w Ravenclawie. Też pewnie tam trafię, to dom dla inteligentnych i tych, którzy ogólnie cenią sobie wiedzę. Chociaż rzeczywiście, Gryffindor też nie byłby zły, w końcu to dom samego Dumbledore’a. Moi rodzice też w nim byli – stwierdził nie bez dumy. – I obaj bracia. Jeden skończył już Hogwart, to właśnie Kendall. Drugi nazywa się Walton i w tym roku będzie zdawał owutemy. Okropnie Wyczerpujące Testy Magiczne – zwrócił się do Colina. – Egzaminy, które zdaje się po ostatnim roku.
- Twoi bracia mają bardzo nietypowe imiona. – Tessa zmieniła temat, bo zaczynał ją trochę męczyć przemądrzały ton głosu i dygresyjność opowieści Bena. – Dlaczego ty też takiego nie masz? A właściwie, to Ben od Beniamina czy Bernarda? A może – zachichotała – od Benedykta?
Chłopak rzucił jej spojrzenie pełne rozgoryczenia.
- Nie – odparł markotnie. – Od Bentleya.
Tessa i Colin parsknęli śmiechem. Nawet siedząca nieruchomo Eloise uśmiechnęła się pod nosem.
- Z takim imieniem mógłbyś trafić na kartę z czekoladowych żab – wydusiła Tessa. – Już sobie to wyobrażam: Bentley Pattock, jeden z najwybitniej wkurzających czarodziejów dwudziestego wieku, wynalazca dwunastu sposobów wyczerpania cierpliwości współpasażerów w rekordowo krótkim czasie…
Ginny zaśmiała się krótko. Dopiero teraz zauważyli, że wróciła. Miała na sobie czarną szatę uczniów Hogwartu, nieco przetartą na łokciach. Jej twarz wróciła już do pierwotnego koloru i w ogóle dziewczynka wyglądała na znacznie bardziej wyluzowaną niż przedtem.
- Lubicie quidditcha? – zapytała ich, siadając po turecku na swoim miejscu i bawiąc się kosmykiem włosów. – Mój brat, Ron, jest wielkim fanem Armat z Chudley. Są nieźli, ale ja osobiście kibicuję od niedawna Harpiom z Holyhead. To jedyna całkowicie żeńska drużyna – wyjaśniła Colinowi, który gapił się na nią jak zahipnotyzowany, spijając każde słowo z jej ust.
- A na czym w zasadzie polega ten… ta gra, w którą grają?
- Oh, to najlepsza gra na świecie! – wykrzyknęła Tessa. – Nawet mój tata ją uwielbia, choć sam gra w koszykówkę i jest naprawdę dobry. Quidditch jest nawet trochę podobny, ale każda drużyna ma trzy, no, jakby kosze, ale na takich długich słupkach. I trzeba przerzucać przez nie piłkę, za to zdobywa się punkty. I jest jeszcze złoty znicz, to taka malutka, skrzydlata piłeczka, którą musi złapać szukający. W każdej drużynie jest po jednym szukającym i…
- Lata się na miotłach – przerwała jej Ginny, widząc, że Colin dawno przestał nadążać, choć wciąż słuchał jak zahipnotyzowany.
- A więc to prawda! Są latające miotły? – ucieszył się i rozmarzył. – Nie mogę się już doczekać, aż zobaczę to wszystko.
Rozumieli go doskonale. Każde z nich czekało z utęsknieniem na koniec podróży, który miał być jednocześnie początkiem największej przygody ich życia.

Kiedy wieczorem wysiadali na stacji w Hogsmeade, zostawiwszy bagaże, zgodnie z poleceniem, w pociągu, Tessa czuła się, jak gdyby ona, Ginny i Colin, a nawet milcząca Eloise i irytujący Ben, byli już dobrymi przyjaciółmi. Trzymali się razem, tylko Ginny oddaliła się na chwilę. Kiedy wróciła, wyglądała na zaniepokojoną i wciąż rozglądała się na wszystkie strony.
- Czego szukasz? – przekrzyczał wrzawę tłumu Ben. – Jestem wyższy, mogę ci pomóc!
- Mojego brata, Rona! Nikt nie wie, gdzie jest!
- Na pewno się znajdzie! – krzyknęła Tessa. – Nie martw…
- PIRSZOROCZNI! – Czyjś donośny głos zagłuszył jej słowa. – PIRSZOROCZNI DO MNIE!
Nawoływania powtarzały się. Tessa rozejrzała się i kiedy dostrzegła, kto ich woła, aż pisnęła z wrażenia. Był to ogromny mężczyzna, wysokości co najmniej dwóch normalnych ludzi i szerokości co najmniej czterech. Miał gęstą, czarną brodę i włosy, co nadawało mu wygląd dzikiego olbrzyma. Tessa nie dziwiła się, że zbierająca się wokół niego grupka dzieciaków drżała ze strachu. Kiedy jednak pierwszy szok minął, przypomniała sobie, że nie trzeba się go bać. Był to najpewniej pomocnik gajowego Ogga. Jej mama nie pamiętała, jak miał na imię, ale ogromny, owłosiony dzikus, który nie był jednak straszny, a jedynie trochę nieokrzesany, pojawiał się czasem w jej opowieściach.
- No, chodźcie! – Tessa machnęła ręką na swoich nowych znajomych i ruszyła w stronę nawołującego olbrzyma. Reszta podążyła za nią, raz po raz potrącana przez starszych uczniów spieszących w przeciwnym kierunku.
- PIRSZOROCZNI, TUTAJ! – ryczał dalej mężczyzna, idąc teraz wąską, śliską ścieżką i oświecając im drogę trzymaną w ręku latarnią. – Hej, ty tam! – Wyciągnął swoją ogromną dłoń w stronę Tessy, gdy padło na nią światło świecy. – Pilnuj tej ropuchy, one lubią się gubić! – Puścił do niej oko.
„To będzie niezwykły rok,” pomyślała Tessa. I jak gdyby na potwierdzenie tych słów, gdy skręcili za kolejną wysoką skalną ścianę, ich oczom ukazało się wielkie, ciemne jezioro, na którym kołysało się kilkanaście drewnianych łodzi. Nad nim wznosił się, na tle rozjarzonego blaskiem gwiazd nieba, ogromny zamek o dziesiątkach wysokich, smukłych wieżyczek i grubych baszt; z oknami zapraszającymi przytulnym blaskiem; z unoszącą się wokół niemal namacalną aurą niezwykłości. Hogwart.
- Ano, piknie jest, trza to przyznać. – Olbrzym pokiwał swoją wielką, zarośniętą głową.
Przez chwilę wszyscy patrzyli w niemym zachwycie na te roztaczający się przed nimi wspaniały widok. Nawet Ben zamknął się na krótki moment, za co Tessa była mu wdzięczna. Dopiero kiedy chłodny wiatr nasilił się nieco i odziani jedynie w szkolne szaty pierwszoroczni zaczęli delikatnie drżeć, olbrzymi mężczyzna otrząsnął się z zamyślenia i machnął ręką w stronę jeziora.
- No, włazić do łodzi! Tylko po czterech, ani jednego więcej!
Tessa zajęła miejsce obok Ginny, a po chwili dołączył do nich Colin i, ku rozpaczy Tessy, Ben.
- Nie martw się – przemawiał swoim przemądrzałym tonem do Colina. – Łodzie są zaczarowane, żebyśmy nie musieli sami wiosłować. Ciekawe, ile czasu zajmie im przebycie jeziora. Wygląda na spore, ale w końcu to wszystko czary, być może nawet wcale nie ma tu żadnej wody.
Tessa wywróciła oczami.
- Możecie jeszcze raz opowiedzieć mi o domach? – zapytał po raz kolejny tego dnia Colin, który wyraźnie już zaczynał się stresować.
- Są cztery, Gryffindor… – zaczął objaśniać Ben. Wydawało się, że nigdy mu się to nie znudzi.
- To ten dla odważnych? – upewnił się Colin.
- Tak. No, więc, Gryffindor, Slytherin, ten w którym wszyscy są wredni i…
- ...w którym większość, być może, jest wredna, ale zdarzają się też porządni ludzie – wpadła mu w słowo Tessa.
- Tak, tak. Jest też Ravenclaw, do którego trafiają najmądrzejsi, i Hufflepuff.
- Kto trafia do Huffepuffu?
- Jak by to ująć… Mówi się, że pracowici, sprawiedliwi, lojalni i takie tam, ale tak naprawdę, to po prostu cała reszta. Nie każdy musi być odważny albo inteligentny. Wtedy idzie do Hufflepuffu, chyba, że jest podłą gnidą, wtedy…
- Och, dałbyś już spokój – warknęła Tessa.
Ben nadąsał się i na chwilę wszyscy zamilkli.
- Założę się, że trafię do Hufflepuffu – powiedział z rezygnacją Colin. – Nigdy nie byłem zbyt dobry w szkole, no i do szczególnie odważnych też nie należę.
- No cóż, nawet jeśli, to przecież i tak nie przestaniemy cię lubić – odezwał się Ben tonem łaskawcy. – A musisz wiedzieć, że Gryfoni i Krukoni nieczęsto przyjaźnią się z Puchonami. Wszyscy w domu będą ci zazdrościć takich znajomych.
Tessa prychnęła, rozdrażniona.
- A kto by zazdrościł takiego przyjaciela jak ty?
Ginny zachichotała i Ben obraził się na dobre. Do końca podróży przez ciemne, marszczone wiatrem jezioro nie odezwało się już żadne z nich, choć Colin co jakiś czas otwierał usta, jak gdyby chciał o coś jeszcze zapytać, tylko słowa jakoś nie mogły mu przejść przez gardło.

czwartek, 9 czerwca 2016

Tessa Riot i Klub Pojedynków: rozdział pierwszy

A to niespodzianka! Półtora roku minęło tak szybko, że nawet nie wiedziałam, jak bardzo w tyle jestem z życiem, dopóki tu dziś nie weszłam. Wydaje się, że ledwie wczoraj coś tu wstawiałam. Tyle tylko że jednak nie. Przepraszam więc zgodnie z tradycją i już czuję się, jakbym nigdy stąd nie wychodziła. A że nadeszła sesja, oczywiście nagle piszę więcej i chętniej. Jeśli to kogoś interesuje, zaczęłam niedawno pracę nad trochę większą powieścią, czymś z gatunku fantasy. W kwestii opowiadań, które mogłyby się nadawać do publikacji - pustka w głowie. Ale postanowiłam nie dać tak do końca umrzeć temu blogowi, bo szczerze go kocham i włożyłam w niego mnóstwo pracy (przy okazji, polecam uzupełnioną playlistę, zwłaszcza do opowiadania "1963", to jedne z moich ukochanych piosenek i cudownie budują klimat). Wracając jednak do tego magicznego objawienia: tak, to będzie "Harry Potter". Z góry tylko uprzedzam, że to fanowska fikcja w moim stylu, nie będzie rozterek miłosnych, naginania kanonu czy parowania niesparowanych postaci (a póki co - w ogóle parowania kogokolwiek). Będzie za to długo i z detalami, będzie multum nawiązań, będzie kilku własnych bohaterów, ale postaram się, by absolutnie wszystkie wydarzenia pasowały do fabuły jak brakujące kawałki układanki. Będzie tak bardzo kanonicznie i równolegle do pomysłów Rowling, jak tylko potrafię. Zainteresowanych zapraszam! Dajcie znać, czy wrzucać kolejne rozdziały!
☮-☮-☮


I
ROZWIANE WĄTPLIWOŚCI


Gdy już życzenia zostały złożone, świeczki na cytrynowym torcie zdmuchnięte, a prezenty odpakowane, gdy brzuchy napełnili ciastem, skończyli wreszcie rozmawiać i zrobili parę wspólnych zdjęć do rodzinnego albumu, przyjęcie urodzinowe Tessy dobiegło końca. Dziadek Albert ostatni raz uściskał solenizantkę, pożegnał się przelotnie z synem i jego żoną, wymienił męski uścisk dłoni z wnukiem i wsiadł do swojego czerwonego forda. Zza opuszczonej szyby rzucił jeszcze, że niedługo zadzwoni i odjechał, obserwując w lusterku wstecznym machającą do niego sprzed domu rodzinę.
Tessa chciała pomóc rodzicom w uprzątnięciu salonu i kuchni, ale tata odesłał ją do pokoju.
- Przecież nie będziesz zmywała w swoje własne urodziny – powiedział jej, uśmiechnięty, zbierając ze stołu brudne talerzyki. – Poza tym, nie ma tego wiele. Odpocznij sobie lepiej, obejrzyj sobie coś albo poczytaj. Skończyłaś już Piętnastoletniego kapitana?
Nie skończyła, więc poszła na górę, do swojej sypialni, gdzie położyła się na łóżku i sięgnęła po książkę. Jej myśli wcale jednak nie krążyły wokół fabuły powieści. Patrzyła na kolejne litery układające się w słowa i zdania, przewracała kartki, ale nie mogła skupić się na statkach, falach morskich i marynarzach. Po jakimś czasie spojrzała na zegarek. Dziś miały się ostatecznie rozwiać wszystkie wątpliwości, które od lat nie dawały jej spokoju. Martwiło ją, że dochodziła już druga, a nie wydarzyło się jeszcze nic. Kawałek żelaza, ukryty pod busolą, dobrze spełniał swe złowrogie zadanie, odczytała i natychmiast zapomniała Tessa.  Zdołał zmienić kierunek, w jakim płynął dotychczas statek, który biegł teraz nie na wschód, lecz na południowy wschód, nieomal wprost ku południowemu biegunowi. Przewróciła kartkę. Nowy, jedenasty już rozdział, Huragan.
Z zewnątrz dał się nagle słyszeć głośny skrzek. Tessa gwałtownym ruchem odrzuciła książkę na bok. W jednej chwili wypadła na korytarz i popędziła w dół schodami, by następnie przebiec przez niewielki hall.
- Czekaj! – wrzasnęła, z impetem wpadając do kuchni.
Jej mama mocowała się właśnie z zamkiem u drewnianej ramy.  Nim zdążyła zareagować na słowa córki, Tessa już niecierpliwie odtrącała jej rękę, by samodzielnie otworzyć okno.
Do pomieszczenia wleciała niewielka, brązowa sowa z grubą, pergaminową kopertą przywiązaną do lewej nóżki. Usadowiła się z godnością na pojemniku na chleb i czekała, pohukując dostojnie, aż przesyłka zostanie od niej odebrana. Tessa drżącymi palcami odwiązała list i wydała z siebie serię zduszonych pisków, nie przejmując się dłużej sową, która rozglądała się teraz obojętnie po pokoju.
Pani Riot ze wzruszeniem spojrzała na swoją ukochaną córkę, która nie wiadomo kiedy wyrosła i skończyła jedenaście lat, a teraz właśnie otwierała tę tak znajomo wyglądającą kopertę z adresem wypisanym szmaragdowozielonym atramentem.
 - Szanowna Panno Riot, mamy przyjemność poinformowania Pani, że została Pani przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart – odczytała Tessa głosem pełnym ekscytacji, co zabawnie kontrastowało z suchą, formalną treścią wiadomości. – Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia. Rok szkolny rozpoczyna się pierwszego września. Oczekujemy Pani sowy nie później niż trzydziestego pierwszego lipca. Z wyrazami szacunku, Minerwa McGonagall, zastępca dyrektora… Czy kiedy ty byłaś w Hogwarcie, ta McGonagall już tam pracowała? – zapytała, odrywając na chwilę wzrok od pergaminu i spoglądając na mamę.
- O tak, kiedy przyszłam do szkoły, uczyła już od około dziesięciu lat. Transmutacji. – odpowiedziała pani Riot, z melancholią uśmiechając się na wspomnienie czasów szkolnych. – Potem została zastępcą Dumbledore’a. Zamiast profesora Burnessa, po jego odejściu na emeryturę – dodała po chwili. Dostrzegła w oczach córki błysk fascynacji, który tak dobrze znała.
Tessę zawsze niezmiernie interesował Hogwart i wszystko, co z nim związane. Od dziecka wypytywała ciągle o różne szczegóły z życia szkoły i nie mogła się doczekać, aż wreszcie zobaczy to wszystko na własne oczy.
- Musi być chyba strasznie stara – orzekła Tessa, podliczając w głowie, jak wiekową osobą jest Minerwa McGonagall.
- Może i stara, ale nikt lepiej od niej nie potrafi utrzymać dyscypliny. Dobrze, że jeszcze uczy, przyda ci się trochę twardej ręki. – Pani Riot uśmiechnęła się do córki i odgarnęła z czoła parę kasztanowych pasm, które wymknęły się spod materiałowej opaski.
Celia Riot była śliczną kobietą. Choć właśnie przekroczyła wiek trzydziestu lat, w ogóle na tyle nie wyglądała. Miała słodką, opaloną wiatrem twarz o dużych, orzechowych oczach, które często się śmiały. Mały, zadarty nosek, jaki odziedziczyła po niej córka, nadawał jej wyglądu osoby młodszej, niż była w rzeczywistości. Teraz, kiedy stała tak, zamyślona, bardzo podobała się Tessie. Dziewczynka liczyła na to, że z wiekiem bardziej upodobni się do mamy. Zwłaszcza, że póki co nie przypominała jej prawie w ogóle. Jej włosy miały dużo jaśniejszy odcień, zbliżony do blond, choć wciąż jednak rudy; oczy miała szare, podobnie jak chyba cała rodzina ze strony taty. Alfred, młodszy syn państwa Riot, także miał wielkie ślepia koloru burzowej chmury i Tessie bardzo było szkoda, kiedy myślała sobie, że śliczne oczy jej mamy mogą być ostatnimi takimi oczyma.
Trzymając wciąż w drugiej ręce pozostałą zawartość koperty, Tessa już któryś z kolei raz odczytywała notkę Minerwy McGonagall, by upewnić się, że nie umknęła jej żadna arcyważna informacja. Nawet nie dostrzegła zbliżającego się coraz bardziej niebezpieczeństwa. Poczuła tylko nagle lekkie szarpnięcie za dłoń i nim zdążyła zareagować, gruby, czarny kocur porwał z jej rąk pergamin. Z wielką jak na tak spasione cielsko zręcznością skoczył na blat, wymijając po drodze kubki i talerze odsyłane właśnie przez Celię do jednej z kuchennych szafek. Tessa rzuciła się w pogoń za kotem, który zdążył już uciec do salonu i zaszyć gdzieś z resztą listu. Wprowadziło ją to w stan lekkiej histerii.
- Tato, gdzie jest Alergen?! – jęknęła, zrozpaczona, zaglądając za kanapę.
Kirk Riot odpowiedział, nie podnosząc wzroku znad czytanej właśnie gazety:
- Nie wiem, kochanie, ale dosłownie przed sekundą gdzieś tu był. Sprawdź może w kuchni.
Pan Riot był wyjątkowo roztrzepanym człowiekiem, zwłaszcza gdy pogrążał się w lekturze wiadomości. Jego, zatroskaną wtedy, twarz zdobiły okulary o bardzo silnych, prostokątnych szkłach, za którymi kryły się inteligentne, szare oczy. Choć sprawiał wrażenie chuderlawego, był zapalonym koszykarzem i w wolnym czasie dużo grał ze znajomymi jeszcze ze szkoły. Często ćwiczył też rzuty z żoną i dziećmi. Kirk Riot nie pochodził, w przeciwieństwie do małżonki,  z rodziny czarodziejów i sam także nie miał magicznych zdolności. Nie czuł się przez to jednak gorszy od żony. Znał się zupełnie innych czarach - komputery, roboty, rozmaite gadżety, mówiące lalki… Jak nikt inny orientował się w mugolskich nowinkach technologicznych. Tessa i Alfred uwielbiali swoją rodzinę za tę różnorodność, choć, mimo to, obojgu im ulżyło nieco, gdy ujawniły się ich magiczne zdolności – zwłaszcza Tessie, która aż do momentu otrzymania listu obawiała się, że jej umiejętności mogą okazać się niewystarczające i nie zostanie przyjęta do Hogwartu, o którym tyle słyszała od swojej mamy. Dziś jednak spełniło się jej największe marzenie i wreszcie zyskała pewność, że naprawdę jest czarownicą i pojedzie nauczyć się tych wszystkich cudowności, które potrafiła jej mama. Że też Alergen musiał porwać ten list! Akurat dziś!, myślała. Jeden, jedyny raz zachciało mu się ruszyć ten gruby koci zadek i zrobił właśnie coś tak złośliwego! Tessa miała wielką ochotę przetrzepać mu to czarne futerko.
Znalazła go w końcu pod jednym z foteli, leżącego spokojnie pośród resztek jej listy niezbędnego wyposarzenia, której jeszcze nie zdążyła nawet przeczytać. Doprowadziło ją to do szewskiej pasji. Nakrzyczała kolejno na kota, tatę, starającego się załagodzić sytuację, i zwabionego odgłosami kłótni Alfreda, po czym zamknęła się w swoim pokoju. Próbowała wrócić do czytanej wcześniej książki, ale wciąż czuła się rozżalona i zła, więc nie potrafiła dobrze wciągnąć się w historię młodego chłopca, zmuszonego przez los do samodzielnego pokierowania statkiem, którą polecił jej tata.
W tym czasie Celia zdążyła już jednym machnięciem długiej, cienkiej różdżki przywrócić pergamin do pierwotnego wyglądu, a także odesłać do szkoły sowę z zawiadomieniem o otrzymaniu listu. Zamieniła parę słów z mężem i ruszyła na górę, by udobruchać starsze ze swych dzieci, które jednak czasem zachowywało się znacznie mniej dojrzale niż młodsze. Zapukała delikatnie do drzwi, ale odpowiedziała jej cisza, choć kobieta doskonale wyczuwała panującą tu atmosferę dąsów Tessy.
- Alohomora! – Na powrót wsunąwszy różdżkę do tylnej kieszeni spodni, Celia nacisnęła klamkę i weszła do pomieszczenia.
Tessa leżała na łóżku, z nosem w książce. Spojrzała na mamę groźnie, jak gdyby obarczała ją winą za wybryk Alergena.
- Co? – burknęła, odgarniając sprzed oczu jasne loki.
- W zasadzie nic. Zastanawiam się tylko, czy nie miałabyś ochoty na małe zakupy – Celia powachlowała się demonstracyjnie kawałkiem pergaminu, na widok którego w oczach Tessy pojawiły się ogniki radości.
Kąciki jej ust gwałtownie uniosły się ku górze.
- Jasne! – Zerwała się na równe nogi. – Czekaj tu! – zakrzyknęła nieco apodyktycznie i popędziła przebrać buty. Po chwili wróciła na górę w niechlujnie zawiązanych tenisówkach, zakładając w pośpiechu zapinany na guziki sweterek. – Już! – sapnęła, wyraźnie z siebie zadowolona i chwyciła mamę za ramię. – Możemy lecieć!
Celia westchnęła cicho, wyobrażając sobie wszystkie skargi, które z pewnością miały zacząć nadchodzić, kiedy jej córka uda się do Hogwartu. Przywołała zaklęciem swoją torebkę, a następnie skupiła się mocno na obranym celu i okręciła razem z Tessą w miejscu, by zniknąć z głośnym trzaskiem z małego domku przy Delamere Road na obrzeżach Northampton.


Gdy wczesnym wieczorem na powrót zmaterializowały się w niewielkim, wyłożonym jasną boazerią hallu, obie wręcz uginały się pod ciężarem opasłych ksiąg, cynowego kociołka pełnego różnorakich ingrediencji niezbędnych do warzenia eliksirów, teleskopu, pakunków z czarnymi szatami, rękawicami ze smoczej skóry, szklanymi fiolkami i zdecydowanie nielekkiej mosiężnej wagi. Najważniejszy zakup Tessa w zaufaniu powierzyła mamie, by schowała go w swojej przepastnej czarnej torebce. Kilkukrotnie prosiła potem o sprawdzenie, czy jej nowiutka, pierwsza w życiu prawdziwa różdżka na pewno wciąż spoczywa bezpiecznie na miejscu.
- Jesteśmy – sapnęła Celia, odłożywszy stertę szkolnych podręczników na szafkę stojącą przy drzwiach. – Doprawdy, Kirk, zazdroszczę ci, że nie musisz się mordować z tą wyprawką. Sama waga to chyba z dwadzieścia funtów masy.
- Daj, pomogę ci. – Mężczyzna przejął torbę z wagą od żony, przy okazji całując ją przelotnie w policzek. – Udało wam się wszystko dostać?
- Bez większego problemu. – Celia uśmiechnęła się ciepło. – Z wyjątkiem miedzianej wagi, więc kupiłyśmy mosiężną, ale chyba nie zrobi im to różnicy. W sklepie z szatami była ciut dłuższa kolejka...
- Ale i tak było super! – Tessa weszła jej w słowo, sięgając do kociołka, który zdążyła odstawić i wyjęła z niego garść wyjątkowo długich kłów węża. – I byłyśmy na lodach, miałam aż trzy gałki, najlepsze były orzechowe! Patrz, tato, co mam! Ciekawe, co będziemy z tego robić? Och! – przypomniała sobie nagle. – Musicie z Alfem zobaczyć coś bajecznego! Mamo, daj mi… no, wiesz, co! – powiedziała konspiracyjnym tonem. – Alf, chodź na chwilę, pokażę ci coś świetnego!
Chudy chłopiec o długich, bardzo jasnych włosach stanął na górze schodów, zerkając zza balustrady.
- Magiczne? – zapytał, wpatrując się w wąskie pudełko, które mama podała właśnie jego siostrze.
- Pewnie.
Zszedł na dół, zafascynowany.
- Wybrała mnie – oświadczyła dziewczynka z dumą w glosie, spoglądając kolejno na brata i tatę. – Trzynaście cali, włókno ze smoczego serca, zupełnie prawdziwego! Podobno wolą czarodziejów o wielkiej mocy, no i najszybciej się uczą!
- No, no! Gratulacje. – Kirk z powagą uścisnął dłoń córki.
Tessa wyglądała, jak gdyby z radości miała za chwilę unieść się w powietrze. Alfred aż jęknął z nadmiaru emocji. Był zachwycony piękną drewnianą różdżką, choć jednocześnie trochę zazdrościł siostrze, że już może ją mieć. Przede wszystkim jednak rozpierał go pewien wyjątkowy rodzaj dumy, być może typowy dla chudych ośmioletnich czarodziejskich młodszych braci. Dumy z tego, że w ta nowiutka różdżka zawierająca kawałek prawdziwego smoczego serca należy do jego siostry. Z całą pewnością czymś takim nie mógłby się pochwalić żaden z jego szkolnych kolegów.
- Z czego jest zrobiona? – zapytał Kirk, badając przedmiot z bliska, uważnie wpatrując się weń zza swoich okularów o grubych szkłach.
Tessa rzuciła mamie spojrzenie pełne paniki. Pan Ollivander mówił o tylu różnych sprawach, no i próbowała przecież jeszcze paru innych różdżek. Zaraz po wyjściu ze sklepu z pewnością pamiętała nazwę drewna. A co jeśli mi się nie przypomni, dopadła ją straszna myśl. Musiałabym tam wrócić i zapytać. Chyba spaliłabym się ze wstydu.
- Jodła – odpowiedziała Celia, co jej córka przywitała z prawdziwą ulgą. – Słyszałam kiedyś, że są świetne do transmutacji i nawet sama profesor McGonagall taką ma. – Mrugnęła do Tessy. – Co oczywiście nie znaczy, że opanuje za ciebie materiał. A teraz pozbieraj te rzeczy i zanieś do siebie, kochanie. Nie chciałabym, żeby Alergen porozsypywał po całym domu kolce jeżozwierza czy inne rogate ślimaki.


Resztę wieczoru Tessa spędziła razem z Alfredem w swoim pokoju, pokazując mu po kolei wszystko, co kupiły tego dnia z mamą na ulicy Pokątnej i czytając na głos fragmenty szkolnych podręczników. Zaczęła naturalnie od Wprowadzenia do transmutacji (dla początkujących), ale szybko przekonała się, że posiadanie jodłowej różdżki nie oznacza automatycznie zrozumienia tajników przedmiotu.  Z lektury wprowadzenia i pierwszego rozdziału dowiedzieli się, że transmutacja to jedna z najbardziej złożonych dziedzin magii, polegająca na przeobrażaniu przedmiotów lub stworzeń w inne przedmioty lub stworzenia. Że zawsze należy się skupiać przy transmutowaniu czegoś w coś innego, by zaklęcie zadziałało poprawnie, bo każde przejęzyczenie lub źle zaakcentowane słowo może zmienić jego znaczenie. W dodatku przemienić można nie każdy przedmiot, choć autor nie wymienił, czego w zasadzie zaczarować się nie da.
- Założę się, że na koniec okaże się, że można zmienić kapelusz w tchórzofretkę, ale już na przykład starą skarpetę w Snickersa niekoniecznie – burknęła Tessa.
- Nie wiem, ale to wszystko wygląda na bardzo skomplikowane. – Alfred wyglądał, jak gdyby wcale go to nie martwiło. Wręcz przeciwnie, z rosnącym podekscytowaniem przerzucał kolejne strony, a kiedy natrafił na ilustrację przedstawiającą szklaną butelkę będącą w połowie jakimś egzotycznym ptakiem, aż kwiknął z wrażenia.
- Przywiozę ci taką, jak chcesz – zaśmiała się Tessa. – Z moją jodłą i smoczym sercem to pewnie będzie bułka z masłem.
Alfred wywrócił oczami i sięgnął po następną książkę. Rok z yeti. On i Tessa leżeli obok siebie na podłodze. Tuż przy jego łokciu, w wielkim drewnianym kufrze spoczywały, poukładane równo, wszystkie rzeczy, których Tessa miała potrzebować w Hogwarcie. Kufer tata zniósł dla niej ze strychu. Cały pokryty był grubą warstwą kurzu, a w środku wciąż jeszcze, po tylu latach, walały się jakieś niepotrzebne i zapomniane pogniecione kartki zapisane kształtnym pismem siedemnastoletniej Celii. Notatki, z których Tessa niewiele rozumiała, formułki nieznanych zaklęć i fragment listu do dziadków, którego mama musiała z jakiegoś powodu nie wysłać.
Teraz jednak kufer został wyszorowany, opróżniony ze śmieci i napełniony z zapałem wyprawką szkolną przyszłej uczennicy pierwszego roku w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart.  Zostały trzy miesiące oczekiwania. Póki co, nawet podręcznik o wyjątkowo nudnym tytule Teoria Magii, wydawał się Tessie najciekawszy na świecie.


Następnego ranka ze snu wyrwało ją natarczywe pukanie w szybę. Trąc oczy, zwlekła się z łózka i otworzyła okno, wpuszczając do środka powiew chłodnego wiatru i wielkiego puchacza o ciemnobrązowym upierzeniu. Uśmiechnęła się na jego widok.
- Cześć, Feniks, co tam masz? – Pogłaskała sowę palcem po szerokim dziobie i odwiązała od jego nogi nieforemną paczuszkę, która niepokojąco drżała, jak gdyby siedziało w niej coś żywego. Rozerwała ładny, ozdobny papier. Wewnątrz znajdowało się niewielkie, ruszające się delikatnie pudełko i krótki list. Poznała schludne pismo dziadka Harolda.

Nasza kochana Tereso!

Oboje z babcią życzymy Ci wszystkiego najlepszego z okazji Twoich jedenastych urodzin! I, oczywiście, gratulujemy Ci z całego serca przyjęcia do Hogwartu! Jesteśmy z Ciebie dumni i mamy nadzieję, że szybko odnajdziesz się w nowej szkole (i że nie będziesz sprawiała zbyt wielu problemów), a różdżka będzie świetnie Ci służyć. Wiesz, że zdolna z Ciebie dziewczyna, ale pamiętaj, żeby nie spocząć na laurach – wielcy czarodzieje zawsze pilnie przykładali się do nauki. Zapewne spotkamy się jeszcze przed Twoim wyjazdem, ale gdyby nie dopisało nam szczęście, życzymy powodzenia! I nie zapomnij pisać do nas od czasu do czasu! Mamy nadzieję, że podoba Ci się nasz mały prezent.

Ściskamy mocno, pozdrów wszystkich,
Dziadek Harold i babcia Maryla

Tessa uśmiechnęła się pod nosem. Dziadek był kochany, choć miał trochę zbyt sztywne podejście do życia. Lepiej dogadywała się z babcią i drugim dziadkiem, ale do niego nie trzeba było wysyłać sowy z listem. Wystarczyło zadzwonić.
Raz jeszcze pogłaskała Feniksa i dała mu przysmak dla sów, których paczkę zawsze trzymała w szufladzie biurka, na wszelki wypadek. Przydawały się raz na jakiś czas.
Puchacz był piękny, zawsze podobał się Tessie. Miał ładne, długie pióra i mądre oczy, niemal jak oczy człowieka. Imię Feniks było pomysłem babci. Uważała, że jest zbyt inteligentny i wrażliwy na jakiegoś pospolitego Piórka.
Teraz Tessa przyjrzała się tajemniczemu pudełku. Było kostką o boku nie dłuższym niż sześć cali. Obróciła je w dłoniach. Z jednej strony miało pięć maleńkich otworów. Potrząsnęła nim lekko, a ono, jak gdyby w odpowiedzi, zadrżało nieco mocniej. Otworzyła je delikatnie, podstawiając dłoń, na wypadek gdyby miało z niego wyjść coś żywego. Stworzenie znajdujące się wewnątrz nie zeszło jednak na jej rękę. Na moment pudełko zastygło w bezruchu, a chwilę potem niewielka ropucha rozpłaszczyła się na blacie biurka.
- Och! – wyrwało się Tessie.
Zwierzątko było zielone, pokryte ciemnymi plamkami i miało wyjątkowo zawadiacki wyraz pyszczka. Tessie nowy przyjaciel od razu przypadł do gustu. Złapała go pewnym ruchem i przytrzymała w dłoniach, kiedy próbował skoczyć na łóżko.
- Nie tak prędko, kolego! Teraz będziesz musiał się nauczyć nie skakać byle gdzie. Wytresuję cię, sam zobaczysz. Będziesz siedział grzecznie na swoim miejscu i hopsał do mnie na zawołanie. – Uśmiechnęła się i pogładziła go po chropowatym grzbiecie. – Tylko muszę wymyślić jakieś dobre imię dla ciebie. Najlepiej takie, żeby inne ropuchy się z ciebie nie śmiały. Żaden tam Skoczek ani Udko. Muszą czuć respekt, wiesz? W końcu będziesz ropuchą potężnej czarownicy!
Tessa rozglądała się po pokoju, aż jej wzrok padł na leżącą na łóżku książkę, którą niedawno polecił jej tata; historię Dicka Sanda, piętnastoletniego kapitana.
- Co powiesz na imię Kapitan? – uśmiechnęła się do swojego nowego przyjaciela, a on zarechotał z aprobatą. – Już cię lubię, wiesz? A za trzy miesiące, Kapitanie, pojedziemy razem do Hogwartu. Zobaczysz, będzie genialnie!